Czy w dobrych relacjach można ominąć słabość?

Konferencja przygotowana na sympozjum „Silny potrzebuje słabego” w ramach I Szczecińskiego Zalewu Myśli na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie

Zbigniew Nosowski

Czy w dobrych relacjach można ominąć słabość?

Zadano mi temat „Czy w dobrych relacjach można ominąć słabość?”. Najpierw łudziłem się, że uda mi się od tematu nieco uchylić i mówić co innego, ale szybko się zorientowałem, że to, o czym mógłbym mówić, jest już zawarte w tematach kolejnych wystąpień. Mowa przecież będzie i o tym, że człowiek słaby i cierpiący może być pożyteczny; i o osobach z upośledzeniem umysłowym, które są mi szczególnie bliskie; i o paradoksie siły i słabości; i o tym, że bycie z ludźmi słabymi (oceniane z zewnątrz jako wielkie poświęcenie) od wewnątrz może być odbierane jako wielki przywilej; i o tym, że moja słabość może być moją siłą. Nie mam zatem wyjścia, muszę próbować mówić na temat, nawet jeśli nie jestem głęboko przekonany, że mam na ten temat coś istotnego do powiedzenia.

Żeby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, muszę wpierw odpowiedzieć, jakie relacje można nazwać dobrymi. Potocznie, na co dzień, gdy mówimy, że jesteśmy z kimś w dobrych relacjach, często mamy na myśli taki poziom stosunków międzyludzkich, który można by określić co najwyżej mianem poprawnych. „Jestem z nim w dobrych relacjach” jakże często znaczy tylko tyle, że „jesteśmy w stanie się dogadać”, albo „mogę z nim to załatwić”, albo „mogę z nim o tym porozmawiać”. Domyślam się, że organizatorom tego spotkania chodzi jednak o coś więcej niż relacje poprawne.

 

Relacje dobre, relacje poprawne

Jakie zatem relacje są dobre? Powiedziałbym, że takie, z których wypływa dobro; takie, które wzbogacają, które tworzą wartość dodaną – nie w sensie ekonomicznym, oczywiście, lecz duchowym: taką duchową wartość dodaną będącą efektem spotkania, otworzenia się na drugiego i dialogu; takie wreszcie, w których stajemy wobec siebie w prawdzie. Ten ostatni punkt wydaje mi się najważniejszy z punktu widzenia dzisiejszego tematu.

W dobrych relacjach międzyludzkich ujawnia się prawda o mnie i prawda o drugim człowieku. W relacjach poprawnych prawda o człowieku nie jest konieczna. Nie mówię tego krytycznie, taka jest po prostu natura relacji poprawnych. Nawiązuje się je często „przy okazji” – coś wspólnie robimy, wspólnie pracujemy czy współpracujemy, mamy podobne cele i dążymy do ich realizacji, wspólnie należymy do jakiejś organizacji, gdzieś wspólnie wyjeżdżamy. Relacje poprawne nawiązujemy najczęściej pod kątem efektywności: coś chcemy wspólnie osiągnąć. Relacje dobre natomiast to takie, które nawiązujemy dla nich samych, bezinteresownie. Oczywiście, może się to zmieniać w czasie – mój współpracownik może stać się moim przyjacielem; i odwrotnie.

Istotną sprawą jest to, że człowiek, z którym jestem w dobrej relacji (najczęściej, ale niekoniecznie mogę go nazwać przyjacielem) zna prawdę o mnie – i nawzajem, ja znam prawdę o nim. W relacjach poprawnych nie jest to konieczne, a czasem wręcz zbyteczne. Osoby, z którymi jestem w relacjach poprawnych, znają tylko część prawdy o mnie. Czasem więcej nie potrzeba, bo to co o sobie wiemy i jak się znamy, absolutnie wystarcza do efektywności współpracy. Czasem jednak w relacjach poprawnych po prostu nie chcę odsłonić pełnej prawdy o sobie, chcę coś ukryć, chcę przedstawić wizerunek samego siebie lepszy niż jest w rzeczywistości. Czasem chowam się za jakieś maski, czasem o pewnych sprawach po prostu nie chcę mówić.

Krótko mówiąc: w relacjach poprawnych często nie chcę się przyznać do swoich słabości. Wobec jednych ludzi, wszechstronnie wykształconych, wstydzę się przyznać do swojej ignorancji, więc udaję, że czytałem tę książkę, oglądałem ten film czy wystawę, że widziałem i znam… Wobec innych ludzi wolę nie ujawniać pewnych swoich postaw czy przekonań, bo trzeba by zapłacić jakąś cenę za nonkonformizm. Czasem chcę dobrze wypaść w oczach innych, więc bardzo się staram spełnić ich oczekiwania – bo od nich zależę, bo oni decydują o moim losie, mojej pracy czy wynagrodzeniu, bo oni kształtują opinie innych na mój temat. Równie dobrze działa to w drugą stronę: w relacjach poprawnych nie staram się poznać drugiego jako człowieka, poznać prawdy o nim; interesuje mnie on bardziej instrumentalnie – jako człowiek wykonujący określony zawód, odpowiedzialny za pewne zadania czy decyzje, kolega czy towarzysz podróży.

W dobrych relacjach jest inaczej: ich partnerzy stają wobec siebie w prawdzie. Dlatego w dobrych relacjach słabości nie da się ominąć. Oczywiście nawet w dobrej relacji ludzie też nie wiedzą o sobie wszystkiego – przecież nawet w najgłębszej międzyludzkiej wspólnocie, jaką jest nierozerwalne małżeństwo na dobre i na złe, chociaż powstaje tu nowa jakość międzyludzka, to jednak druga osoba pozostaje dla współmałżonka tajemnicą. „Odtąd jedno, chociaż nadal dwoje” pisał Karol Wojtyła w dramacie Przed sklepem jubilera. „Jedno” czyli to, co ich łączy, jest teraz najważniejsze, ale przecież pozostają „dwoje”… W dobrej relacji zatem też nie wie się o sobie wszystkiego, ale przede wszystkim nie ukrywa się w niej (nie ma powodu ukrywać) swoich słabości.

 

Przyznać się do słabości

Pozostając przy przykładzie miłości: jeśli dziewczyna i chłopak kochają się wzajemnie, ale nie znają swoich słabości (gdy mają idealny obraz ukochanej osoby jako chodzącego ideału bez wad), to ich miłość nie jest dojrzała. Przed ślubem trzeba przynajmniej raz się pokłócić. Rzecz jasna, nie dla samego pokłócenia się – chodzi o to, żeby się nauczyć zrozumienia pomimo kłótni, pomimo ulegania własnym emocjom i słabościom. Podobnie jest w relacji rodzicielskiej: czasem rodzice popełniają błąd, udając przed dziećmi istoty nieomylne, które nie tylko wszystko wiedzą, lecz także pozbawione są słabości i nie popełniają błędów czy grzechów. Takie myślenie wprowadza głęboki nieład w relację rodzica i dziecka. Pamiętam, że sam temu ulegałem. Kłopot pojawił się, gdy uświadomiłem sobie, że w jakimś sporze z córką wina leży ewidentnie po mojej stronie. Należało więc przeprosić własne dziecko, i to kilkuletnie. Wydawało mi się, że za chwilę mój rodzicielski autorytet legnie w gruzach. Okazało się, że nie tylko nie legł, ale nawet się umocnił. Moja słabość okazała się moją siłą. Córka poznała moją słabość, ale przyznając się do niej, stałem się w jej oczach bardziej godny szacunku.

W dobrych relacjach trzeba zatem przede wszystkim znać siebie nawzajem, znać od dobrej i złej strony. Można nawet wielu rzeczy o sobie nie wiedzieć; ważne, żeby znać drugą osobę… Od ponad 25 lat jestem we wspólnotach ruchu „Wiara i światło”, z tego już ponad 24 lata tworzymy wspólnotę w naszym mieście, Otwocku. Przyjaciele z „Ziarenka” (takie imię nosi nasza wspólnota), osoby niepełnosprawne czy ich rodzice, często wielu rzeczy o mnie nie wiedzą. Nie czytają „Więzi”, czasem mnie zobaczą w telewizji, ale w gruncie rzeczy nie wiedzą, czym jestem (co robię zawodowo, jakie funkcje pełnię społecznie, w jakich dziedzinach działam poza wspólnotą). Mimo to znają mnie dużo lepiej niż ci, którzy wiedzą co o mnie napisano w Wikipedii lub nawet przeczytali moje książki czy artykuły. Wiedzą bowiem, kim jestem. Wiedzą nie tylko to, co chciałem napisać, ale i to, czego bym się o sobie wstydził. Znają mnie jako człowieka – z moimi wadami i słabościami. Znamy się dobrze, spędzamy razem letnie wakacje (w sumie zebrałoby się tego już na rok wspólnego mieszkania pod jednym dachem…). Znają moje słabości, a pomimo to (a może właśnie dlatego?) jesteśmy w relacjach dobrych, nie tylko poprawnych.

Jean Vanier – wielki przyjaciel osób z upośledzeniem umysłowym, twórca ruchów „Arka” oraz „Wiara i światło”, jeden z największych proroków współczesnego chrześcijaństwa – zwraca uwagę, że ludzie boją się przyznawać do swoich słabości, bo słabość jest traktowana jako wada. Moja mama jako babcia bardzo wstydziła się przyznać przed swoimi wnuczkami, że nie ma dwóch palców u prawej ręki. Mama pochodzi ze wsi i maszyna rolnicza obcięła jej palce w dzieciństwie. Nauczyła się tak układać dłoń, że wiele osób nawet tego defektu nie zauważa. Wiadomo było jednak, że wnuczki kiedyś to dostrzegą. Jakim było dla niej zaskoczeniem, gdy Agnieszka to zobaczyła, spytała dlaczego, posłuchała odpowiedzi, odparła „Aha…” i bawiły się dalej. Dla nas wyjaśnienie było proste: nasza córka wychowywała się w naszej wspólnocie z niepełnosprawnymi, uwielbiała jeździć na kolanach Moniki na wózku inwalidzkim, widziała, że każdy ma jakieś słabości: ten nie umie chodzić, ten nie umie pisać, ta gada jak najęta, ale nie umie liczyć, itd. itp. „Babcia nie ma dwóch palców? Aha…” – i bawimy się dalej…

Niedawno z pewnym zaskoczeniem doświadczyłem takiego zdziwienia z powodu otwartego mówienia o słabości. W 30. rocznicę wyboru Jana Pawła II uczestniczyłem w dyskusji o stosunku Papieża do Żydów i judaizmu. Co ważne, rzecz miała  miejsce w Krakowie, który doskonale zna nie tylko Jana Pawła II, ale i Karola Wojtyłę, jako księdza i jako biskupa, kardynała. Okazało się, że dwaj uczestnicy dyskusji nawet regularnie służyli do Mszy jako ministranci młodemu jeszcze ks. Wojtyle. A ja w tej dyskusji – zgodnie z prawdą – opowiadałem, że w chwili wyboru kard. Wojtyły na papieża, nie miałem pojęcia o istnieniu takiej osoby jak Karol Wojtyła, pomimo że miałem już 17 lat. Po prostu tematy kościelne w ogóle mnie nie obchodziły. Gdy o tym powiedziałem, jeden z uczestników zaczął mnie bronić, że wtedy przecież wielu nie wiedziało, inna osoba dziwiła się, że się tak odsłoniłem, bo teraz ktoś może to wykorzystać. A ja się dziwiłem, dlaczego przyznanie się do tej części prawdy o mnie samym miałoby mnie kompromitować. Pewnie się za dużo naczytałem Jana Pawła II, który zapraszając do rachunku sumienia Kościoła przed rokiem 2000, przekonywał, że stanięcie w prawdzie wobec błędów z przeszłości i wysiłek oczyszczania sumień może i powinien przynieść umocnienie Kościoła.

 

Pięknie marnować czas

A jakie było/jest to moje osobiste szczególne spotkanie ze słabością, dzięki któremu tutaj stoję? Zazwyczaj nie mówię o tym publicznie, bo to doświadczenie bardzo ważne i głębokie, na którego opisanie trudno znaleźć słowa. W 1983 roku, już ponad 25 lat temu, mój kolega ze studiów, Zbyszek Derdziuk, dziś członek rządu, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów, zaprowadził mnie i Kasię, moją narzeczoną, na spotkanie wspólnoty „Wiary i światła” w Warszawie. Poszedłem tam w przekonaniu, że idę pomagać, idę jako człowiek silny, który chciałby coś z siebie dać innym. I już po pierwszym spotkaniu wyszedłem bogatszy, wyszedłem z przekonaniem, że dużo więcej zyskałem niż dałem innym. Miałem zamiar siedzieć w kącie, ale spotkałem się z olbrzymią serdecznością, otwartością, przyjęto mnie jak starego przyjaciela. Nie miałem wyjścia – musiałem stać się starym przyjacielem…

Teraz po latach jesteśmy oczywiście na innym etapie naszych relacji. Teraz najważniejsza stała się po prostu wierność. Wszyscy się starzejemy, wszystkim ubywa cierpliwości, więc najważniejsze staje się to, by po prostu być razem. No więc jesteśmy razem, ale przychodzą wciąż nowi młodzi ludzie (i czasem nieoczekiwanie zostają). Jest też dużo miejsca na radość. To oczywiście drobne radości, bo taka wspólnota to cudowne miejsce weryfikowania wzniosłych deklaracji i doświadczania, że wielkie hasła trzeba sprawdzać w codzienności. Jean Vanier powiedział kiedyś, że miłość nie polega na dokonywaniu rzeczy wielkich, lecz na spełnianiu rzeczy małych z czułością. Tak samo drobne są nasze radości: że Piotrek jest tak bardzo dumny z siebie, bo tak strasznie się napracował na dyżurze kuchennym (choć z naszej perspektywy zrobił bardzo niewiele i raczej się obijał), że Monikę po raz tysięczny nazywamy szefową kuchni, a ona po raz tysięczny tak samo się z tego cieszy; że Wojtek, który stracił już oboje rodziców, nagle oświadcza, że lubi tu być, bo tu ludzie się kochają (chociaż przez większość czasu wydaje się całkowicie psychicznie nieobecny i sprawia wrażenie, że jest mu wszystko jedno, co się dzieje i co on sam robi…); że ktoś, kto zazwyczaj milczy, nagle wypowiada słowa pięknej modlitwy; że siedzimy na huśtawce albo na łące, pijemy poobiednią kawę, nic się nie dzieje i… jest fajnie.

Wakacyjne obozy „Ziarenka” to dla mnie czas przywracania właściwej hierarchii spraw. W ciągu roku żyję bowiem – jako publicysta i działacz – głównie wielkimi problemami Kościoła, Polski, Europy. Brakuje czasu dla konkretnego człowieka, choć teoretycznie głoszę, jak ważne jest pielęgnowanie relacji międzyludzkich. Oczywiście, spotykamy się i w ciągu roku; oczywiście, staram się i przy innych okazjach być dla innych, ale… Na letnim obozie jest radykalnie inaczej: przez dwa tygodnie tempo życia radykalnie zwalnia, mamy dużo czasu, który można pięknie marnować – tzn. po prostu być razem. Najważniejsze zaś staje się coś bardzo prostego, dotykalnego – że trzeba komuś pomóc wykąpać się, ogolić i uprać brudne rzeczy, że można pobawić się w wodzie w jeziorze. Ten czas to najlepsze rekolekcje, to życie w świecie, w którym dobroć, delikatność i współczucie stają przed sukcesem, dominacją i władzą.

Jest taki piękny film Mike’a Leigh „Sekrety i kłamstwa”. Wspaniale zagrana główna bohaterka, zwykła sprzątaczka, musiała kiedyś jako nastolatka oddać do adopcji swoją córkę, dziecko nieślubne. Gdy owa córka po latach odnajduje matkę, w bólu rodzą się wzajemne relacje. Koniec końców o sprawie dowiaduje się także druga córka, dorosła już, ale wciąż mieszkająca z matką i wiodąca podobny jak ona smutny szary żywot. W końcowej scenie trzy kobiety – już wspólnie i pogodzone ze sobą – siedzą w obskurnym przydomowym ogródku i piją kawę. Padają słowa zachwyconej matki: „To jest życie”. A nic się nie dzieje. Siedzą i pija kawę, a wokoło jest bardzo ponuro… Podobnie jest na naszych letnich obozach, poza tym że staramy się, by nie było ponuro. Nic się nie dzieje. Siedzimy, pijemy kawę, kąpiemy się w jeziorze, gramy w piłkę, śpiewamy, modlimy się… I mamy poczucie, że TO JEST ŻYCIE!

 

Miara człowieczeństwa

Powiem jeszcze o tym, co oczywiste, ale co trzeba chyba wprost wyrazić, bo na pewno padnie tu jeszcze wiele pięknych słów o słabości. Nikt chyba nie będzie jednak twierdził, że słabość to idylla. Oczywiście, słabość to przede wszystkim trud i cierpienie. Ten trud może stać się błogosławieństwem, ale nie dzieje się tak automatycznie. Ludzie słabi i cierpiący potrafią też zamykać się w sobie, najczęściej gdy wielokrotnie doświadczą odrzucenia czy zranienia. Otwieranie takich osób zamkniętych w sobie to bardzo długi i bolesny proces, bez gwarancji powodzenia. Z tym też trzeba się liczyć.

Jan Paweł II powiedział do polskich biskupów w roku 1998, gdy przyjechali do Rzymu z wizytą ad limina apostolorum: „Mogą was inni wyprzedzić albo ubiec w wielu sprawach, ale nikt nie może powstrzymać Kościoła w głoszeniu Ewangelii miłości, w upomnieniu się o tych, o których nikt się nie upomina. […] Niech głos Kościoła będzie tu jasny i słyszalny, wszędzie tam, gdzie należy się  upominać o los tych ludzi i ich prawa”. To wyjątkowo prorocze słowa. Nikt nie może Kościoła wyprzedzić w upominaniu się i trosce o najsłabszych. Więcej – Kościół powinien dla nich znaleźć uprzywilejowane miejsce w swoim wnętrzu, bo przecież jedna z podstawowych lekcji Ewangelii to przekonanie, że Boga można odnaleźć w ludziach słabych, ubogich, odrzuconych, niechcianych, cierpiących czy prześladowanych.

W tytule naszego sympozjum czytamy słowa „Silny potrzebuje słabego”. To odwrócenie oczywistego przekonania, że słaby potrzebuje silnego. Owszem, człowiek słaby to taki, który jest w biedzie, który jest w potrzebie, a więc potrzebuje drugiego. Slaby obiektywnie potrzebuje silnego (czy raczej silniejszego – bo ten silny też ma swoje słabości, choć najczęściej stara się je skrzętnie ukrywać). Moje doświadczenie potwierdza jednak, że twierdzenie odwrotne też jest prawdziwe: silny naprawdę potrzebuje słabego. Potrzebuje  go, by dostrzec własne ograniczenia i słabości; by nauczyć się słuchać i rozumieć drugiego bez osądzania; by nauczyć się być dla drugiego. Silny potrzebuje słabego, by  odkryć, że społeczeństwo rywalizacji, zachęcając człowieka do wspinania się na szczyt po drabinie sukcesu, w gruncie rzeczy głęboko zniekształca prawdę o naszym wspólnym człowieczeństwie i równej godności każdej osoby ludzkiej. Silny potrzebuje słabego, żeby zrozumieć, że swój najbardziej wymagający egzamin z życia zdajemy w szkole ubogich i najsłabszych, że nie sukces i skuteczność są w życiu najważniejsze, lecz to, aby być z drugim człowiekiem. Silny potrzebuje słabego, żeby zrozumieć, iż miarą człowieczeństwa – i każdej osoby, i społeczeństwa – jest stosunek do najsłabszych.

 

                                                                                                 Zbigniew Nosowski

Zbigniew Nosowski – z wykształcenia – teolog, anglista,  z zawodu – redaktor naczelny miesięcznika „Więź”, z powołania –  przyjaciel osób z niepełnosprawnością intelektualną i wieloletni uczestnik międzynarodowego ruchu „Wiara i Światło”, autor książek o tematyce małżeńskiej, rodzinnej

Brak możliwości komentowania